Serce przepełnione benzyną
Ten blog miał być ukazaniem na światło dzienne mojej
historii o postępującej i dorastającej wraz ze mną pasji do samochodów.
Jednakże … Coś sprawiło, że przerwę na chwilę tą historię i napiszę coś
zupełnie innego. Dostałam bodziec, którego niestety nie mogę zignorować bo
czyni mnie bardzo nieszczęśliwą.
Od dawien dawna byłam osobą bardzo emocjonalną i podchodziłam do poznawania otaczającego mnie świata metodą empiryczną. Chłonęłam piękno, smuciłam i cieszyłam się wraz z ludźmi, a otaczające mnie elementy dawały mi inspiracje i motywację do życia. To także tyczyło się i tyczy motoryzacji. Od samych początków obcowania z nią, patrzyłam na samochody w zupełnie inny sposób niż wszyscy. Starałam się poznać każdy element silnika, jego konstrukcji, nadwozia, układu kierowniczego, hamulcowego i wielu innych. Brałam elementy do rąk czując pod opuszkami palców ich teksturę, smar, olej. Wyobrażałam sobie gdzie się mieszczą, z czym współgrają, jak zachowuje się samochód wraz z nimi i bez nich. Patrzyłam i czułam bardziej. Siadałam za kierownicami, a mój nos wciągał zapach tapicerki, skórzanych obić, moje palce wyczuwały szwy na kierownicy, a noga ciężkość sprzęgła, gazu i hamulca. A gdy do kabiny wpadało słońce, siedziałam jak zaczarowana patrząc jak małe drobiny kurzu, którego tak nienawidzimy przy czyszczeniu wnętrz, osiadają na fotelach, nawiewach i deskach rozdzielczych. Każdy samochód odbieram inaczej. Każdy samochód ma swój własny zapach, kolor lakieru, który jest inny na każdym elemencie. Każdy samochód ma swój miligram rdzy. To wszystko czyni każdy, jeden, poszczególny samochód wyjątkowym, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju.
Niestety moja przygoda motoryzacyjna zawsze odbywała się za pośrednictwem ludzi. Ludzie zmieniali się, odchodzi, a samochody wraz z nimi. Zmieniały się jak rękawiczki, to starsze to nowsze modele, każdy inny, a ja je przymierzałam jak letnią czy zimową garderobę. Przez cały okres zmian, przechodzenia z rąk do rąk nigdy, ale to nigdy nie pomyślałam, że któryś z tych samochodów jest moją własnością. Ale cieszyłam się. Cieszyłam się z każdej zmiany, możliwości dotknięcia innego klasyka, doświadczenia go na własnej skórze. Gdy coś się psuło, wyciągałam swoją mało pomocną dłoń aby chociaż podać odpowiedni klucz. Pytałam o charakterystykę, o działanie, próbując rozumieć każdy z tych modeli. Próbowałam być pomocna, aby każdy z tych samochodów stał się dla mnie bliski i bym mogła go pokochać.
Spotkałam niedawno
człowieka, który posiada BMW serii 3. E30 jest bardzo wymagającym klasykiem do
pokochania lecz przyjęłam tą szansę do poznania go. Dlaczego? Bo niestety jest
to mój wymarzony model od momentu kiedy to jeden z takich modeli potrącił mnie
jak jechałam na rowerze w moim rodzinnym mieście. Można by sobie pomyśleć, że
objawił się tutaj syndrom sztokholmski. Od tamtego momentu upodobałam sobie ten model i
pokochałam z całego serca. Nie ważne czy obok będzie stać milion razy droższy
czy milion razy lepiej wyposażony samochód – zawsze wybiorę E30. Ów człowiek
zabrał mnie na przejażdżkę tym cudem techniki i od pierwszego wciśnięcia gazu,
wiedziałam, że to jest ten samochód. A jak na to zareagowałam? Donośnym
śmiechem, który wydobywał się z głębi mnie jako dźwięk najszczęśliwszej kobiety
na tej planecie. Wiedziałam, że nic nigdy nie sprawiło mi takiej przyjemności,
nie podniosło na duchu, nie dało radości i motywacji do życia jak właśnie ta
przejażdżka. Przez następne miesiące uczyłam się żyć nie tylko z tym
człowiekiem, ale i także z samochodem. Od pierwszego pociągnięcia palcem po
całej długości sylwetki, od pierwszego muśnięcia kierownicy wiedziałam, że
będzie nad wyraz ciężko. Po małym życiowym niepowodzeniu, zrozumiałam jak
ciężko jest utrzymać ten samochód, dbać o niego, naprawić i dopiąć wszystko na
ostatni guzik żeby wyglądał tak jak wygląda. Pomagałam w warsztacie, a gdy
pierwszy raz kazano mi rozkręcić i skręcić trzy częściowe felgi samej, to nie
wiedziałam czy mam się śmiać histerycznie czy zapłakać się na śmierć. Jakbym
zarysowała nowo wypolerowane ranty to by mnie zabito. Jakbym zarysowała rotory
to także by mnie zabito, a w momencie porysowania bębnów dostałabym tylko lekko
po łbie za partactwo. Dzięki właśnie brudzeniu się w warsztacie poznawałam
każde zakamarki motoru, zawieszenia czy nawet felg (no ich to na pewno). Pomimo
tego, że naprawdę dołożyłam starań aby jak najlepiej pomóc w jego renowacji,
złożeniu, załatwieniu części to nigdy ale to nigdy ten samochód nie będzie moją
własnością.Od dawien dawna byłam osobą bardzo emocjonalną i podchodziłam do poznawania otaczającego mnie świata metodą empiryczną. Chłonęłam piękno, smuciłam i cieszyłam się wraz z ludźmi, a otaczające mnie elementy dawały mi inspiracje i motywację do życia. To także tyczyło się i tyczy motoryzacji. Od samych początków obcowania z nią, patrzyłam na samochody w zupełnie inny sposób niż wszyscy. Starałam się poznać każdy element silnika, jego konstrukcji, nadwozia, układu kierowniczego, hamulcowego i wielu innych. Brałam elementy do rąk czując pod opuszkami palców ich teksturę, smar, olej. Wyobrażałam sobie gdzie się mieszczą, z czym współgrają, jak zachowuje się samochód wraz z nimi i bez nich. Patrzyłam i czułam bardziej. Siadałam za kierownicami, a mój nos wciągał zapach tapicerki, skórzanych obić, moje palce wyczuwały szwy na kierownicy, a noga ciężkość sprzęgła, gazu i hamulca. A gdy do kabiny wpadało słońce, siedziałam jak zaczarowana patrząc jak małe drobiny kurzu, którego tak nienawidzimy przy czyszczeniu wnętrz, osiadają na fotelach, nawiewach i deskach rozdzielczych. Każdy samochód odbieram inaczej. Każdy samochód ma swój własny zapach, kolor lakieru, który jest inny na każdym elemencie. Każdy samochód ma swój miligram rdzy. To wszystko czyni każdy, jeden, poszczególny samochód wyjątkowym, niepowtarzalnym, jedynym w swoim rodzaju.
Niestety moja przygoda motoryzacyjna zawsze odbywała się za pośrednictwem ludzi. Ludzie zmieniali się, odchodzi, a samochody wraz z nimi. Zmieniały się jak rękawiczki, to starsze to nowsze modele, każdy inny, a ja je przymierzałam jak letnią czy zimową garderobę. Przez cały okres zmian, przechodzenia z rąk do rąk nigdy, ale to nigdy nie pomyślałam, że któryś z tych samochodów jest moją własnością. Ale cieszyłam się. Cieszyłam się z każdej zmiany, możliwości dotknięcia innego klasyka, doświadczenia go na własnej skórze. Gdy coś się psuło, wyciągałam swoją mało pomocną dłoń aby chociaż podać odpowiedni klucz. Pytałam o charakterystykę, o działanie, próbując rozumieć każdy z tych modeli. Próbowałam być pomocna, aby każdy z tych samochodów stał się dla mnie bliski i bym mogła go pokochać.
Jeżdżę tym autem, gdyż ono jedyne w moim otoczeniu daje mi możliwość milczenia w jego wnętrzu, wciśnięcia się w dopasowany do mojego ciała fotel, położenia dłoni na kierownicy i zawiśnięcia w ciszy tylko i wyłącznie z kurzem opadającym na kokpit oraz własnymi myślami. Daje mi ono kopa życiowego wraz z wciśnięciem pedału gazu trzęsącą się ze stresu nogą, a dźwięk jej żeliwnego serca napędza moje – szczęściem i wiarą w to, że moja pasja do motoryzacji przetrwa właśnie dzięki temu.
Dlaczego poruszyłam akurat temat samochodu, który nie powinien wywoływać takich emocji? Dlatego, że zostałam wsadzona do złej szufladki społecznej. Zaszufladkowano mnie jako osobę, która pokazuje się w towarzystwie nie swojego samochodu i oświadcza o tym, że jest jej własnością tylko po to by zdobyć czyjeś uznanie. Nie dzięki temu klasykowi zdobywam czyjeś słowa uznania, lecz dzięki mojej pasji, chęci nauki i zdobywania wiedzy na baaaardzo rozległy temat klasycznych samochodów. I za to, że jestem babą :)

Coś pięknego Zuzia ❤️ już kocham tego bloga
OdpowiedzUsuńJuz nie moge sie doczekac nowego wpisu��
OdpowiedzUsuń