Moda na moda
Po dłużej przerwie postanowiłam się podzielić z Wami moimi rozważaniami na temat motoryzacyjny. Cóż za nowość! Pomimo czasu, który spędziłam siedząc jako tako w motoryzacji od 15 roku życia, dopiero teraz (lepiej późno niż wcale) dostrzegam jak bardzo źle się w tej pasji dzieje. Zaczęłam dostrzegać pewne niewygodne prawdy, którymi chciałabym się z wami podzielić.
Klasyczna motoryzacja. Obecna w polskim społeczeństwie od dawien dawna. Wszyscy mieli duże Fiaty, ich mniejsze odpowiedniki, Polonezy czy inne nieudane twory polskiej motoryzacji. Byli także ludzie, którzy wykraczali poza schemat polskości i wozili się niemieckimi, włoskimi, rosyjskimi wozami. Kiedyś wszystkie uważane były za powszednie. W dzisiejszych czasach właśnie one, te, które przetrwały uznawane są za perełki klasycznej motoryzacji - te bardziej zardzewiałe i te mniej. Kiedyś wozy, tanie jak barszcz były masowo gnojone, oplatane wokół drzew, zgniatane na złomowiskach. Za to dziś każdy, a raczej większość czy sprowadzanych do naszego pięknego kraju, czy chowanych pod plandekami, w garażach, gnijących na podwórkach wozów jest masowo odrestaurowana i zostaje im przywrócona dawna świetność.
Za moich czasów (bardzo zabawne sformułowanie, gdy pisze to osoba mająca 21 lat), a raczej w czasach mojego dzieciństwa normą było gdy tata w garażu bez kanału, ze śladową ilością narzędzi siedział i głowił się dlaczego maluszek nie kaszle jak powinien. Normą było, że lepił guziki z tzw gówna, a raczej sam tworzył narzędzia, aby rozebrać własnymi rękoma auto. Nie prowadził go do mechanika. Nie jęczał, że musi sam to zrobić, nie rzucał mięsem w samochód gdy zapiekła mu się śruba. Zaciskał zęby i robił, bo od niego zależało aby ten samochód jeździł i czy pojedzie nim następnego dnia do pracy. Dlaczego przytaczam przykład mojego tatusia starego piernika i jak to się ma do obecnych czasów.
Ludzie przyzwyczaili się, że wszystko zostanie im podane pod nos, z pstryknięciem palca. Ludzie myślą, że nie muszą nic umieć, nie muszą nic robić przy aucie, bo wystarczy kupno gotowego i jazda. A jak coś się przysłowiowo spierdoli to odstawią do mechanika, blacharza, lakiernika, cudotwórcy czy szamana - on zrobi za nich. A jak nie zrobi? To co, idą do następnego.
Rozmawiam z różnymi ludźmi na spotach klasycznej motoryzacji, odbywających się praktycznie co tydzień o samochodach, które posiadają. "A w moim zepsuła się pompa paliwa./ No do blacharza muszę zaprowadzić bo w moim garażu (Wow, gościu ma własne miejsce do rozwalania samochodu. Zazdroszczę) jest za mało miejsca, nie ma dobrego światła, w ogóle to narzędzi nie mam./ W sumie to muszę koła zmienić, niby lewarek mam i klucz, ale lepiej niech to zrobi specjalista."
I wiecie co sobie myślę? Wyobrażam sobie mojego tatę, który podnosi w pocie czoła samochód lewarkiem, który trzeszczy, gibie się niebezpiecznie ale jakoś działa, a on wpełza pod samochód bo mu wał się urwał. I jak już naprawi, pomimo tego, że za cholerę nie robił tego wcześniej i wczołgiwał się zielony pod ten samochód, to wychodzi spod niego z uwalonym do krwi palcem, z twarzą jak porządnie opalony afroamerykanin, spocony i klnący pod nosem. I wiecie co mówi? "Kurwisyn nie kcioł współpracować, ale naprawiłem dziada. Przynajmniej teraz już wiem jak to się robi."
O to to! On już wiedział, jak się to robi.
Ludzie są leniwi. Wolą SWÓJ samochód oddać do specjalisty, no bo kurła od czegoś oni som, a nie zakasać rękawy i zrobić samemu. A potem taki jeden z drugim jeździ się pokazać samochodem, którego nie tknął prócz wyczyszczenia i zatankowania. "No bo odebrałem parę dni temu z warsztatu bo olejem srał na wszystkie strony (przykładowo uszczelka pod deklem, którą wymienia laik w 20-25 z myśleniem, jak się to rozbiera i składa), mam garaż ale nie chciało mi się w to bawić.". Ja wtedy sobie myślę, a jestem osobą, która mówi to co myśli - "Człowieku, ile ja bym dała, by mieć garaż z narzędziami. Ile ja bym dała, żeby mieć taką wyjebaną uszczelkę pod deklem. Ile ja bym dała, żeby móc rozebrać ten zasrany motor i zobaczyć jak go się rozbiera, co siedzi w środku, ogarnąć usterkę i złożyć. Jaka ja byłabym z siebie dumna, stary.". Bo panuje teraz moda na moda, tylko nie na moda własnoręcznego, a na moda od mechanika, bo samemu coś zrobić to za ciężko, za brudno, za smrodno, za ciemno, za mało czasu, JA NIE WIEM, NIE UMIEM. Jak nie umiesz to się kurna nauczysz.
Znam ludzi, którzy kochają swoje klasyki, czy też samochody nowsze, którymi jeżdżą na co dzień. Znam ludzi, którzy nie mówią o tym co zrobili, ale w duchu rozpiera ich duma, że jeżdżą samochodem, który złożyli/ naprawili własnymi rencyma. I za to ich kurna szanuję. Ja nie mam garażu, nie mam narzędzi prócz śrubokręta w domu, którym dokręcam szafki czy noża tapicerskiego, którym ostrzę sobie kredki do oczu. Nie mam własnego samochodu, który mogłabym wybebeszyć, rozwalić na części, źle złożyć i robić w koło pierdoło. Nie mam tego. Jeszcze. I jeśli Ty człowieku, masz kawałek miejsca pod blokiem, za domem, w domu, u babci, w szopie, klucz do kół, zestaw nasadek z grzechotką i padło, które się psuje to weź... Weź się i rozbierz to kiedyś jeżdżące coś, spróbuj naprawić, kup se książki "przewodniczek małego mechanika" (mam taką, nie ma się czego wstydzić) i rób. A jak zrobisz to podejdź do obcych ludzi na spotkaniu motoryzacyjnym i im powiedz, że sam złożyłeś to cudo techniki i to jakoś jeździ, a mogę się założyć, że przyklasną Ci i będziesz z siebie dumny jak nigdy.
Klasyczna motoryzacja. Obecna w polskim społeczeństwie od dawien dawna. Wszyscy mieli duże Fiaty, ich mniejsze odpowiedniki, Polonezy czy inne nieudane twory polskiej motoryzacji. Byli także ludzie, którzy wykraczali poza schemat polskości i wozili się niemieckimi, włoskimi, rosyjskimi wozami. Kiedyś wszystkie uważane były za powszednie. W dzisiejszych czasach właśnie one, te, które przetrwały uznawane są za perełki klasycznej motoryzacji - te bardziej zardzewiałe i te mniej. Kiedyś wozy, tanie jak barszcz były masowo gnojone, oplatane wokół drzew, zgniatane na złomowiskach. Za to dziś każdy, a raczej większość czy sprowadzanych do naszego pięknego kraju, czy chowanych pod plandekami, w garażach, gnijących na podwórkach wozów jest masowo odrestaurowana i zostaje im przywrócona dawna świetność.
Za moich czasów (bardzo zabawne sformułowanie, gdy pisze to osoba mająca 21 lat), a raczej w czasach mojego dzieciństwa normą było gdy tata w garażu bez kanału, ze śladową ilością narzędzi siedział i głowił się dlaczego maluszek nie kaszle jak powinien. Normą było, że lepił guziki z tzw gówna, a raczej sam tworzył narzędzia, aby rozebrać własnymi rękoma auto. Nie prowadził go do mechanika. Nie jęczał, że musi sam to zrobić, nie rzucał mięsem w samochód gdy zapiekła mu się śruba. Zaciskał zęby i robił, bo od niego zależało aby ten samochód jeździł i czy pojedzie nim następnego dnia do pracy. Dlaczego przytaczam przykład mojego tatusia starego piernika i jak to się ma do obecnych czasów.
Ludzie przyzwyczaili się, że wszystko zostanie im podane pod nos, z pstryknięciem palca. Ludzie myślą, że nie muszą nic umieć, nie muszą nic robić przy aucie, bo wystarczy kupno gotowego i jazda. A jak coś się przysłowiowo spierdoli to odstawią do mechanika, blacharza, lakiernika, cudotwórcy czy szamana - on zrobi za nich. A jak nie zrobi? To co, idą do następnego.
Rozmawiam z różnymi ludźmi na spotach klasycznej motoryzacji, odbywających się praktycznie co tydzień o samochodach, które posiadają. "A w moim zepsuła się pompa paliwa./ No do blacharza muszę zaprowadzić bo w moim garażu (Wow, gościu ma własne miejsce do rozwalania samochodu. Zazdroszczę) jest za mało miejsca, nie ma dobrego światła, w ogóle to narzędzi nie mam./ W sumie to muszę koła zmienić, niby lewarek mam i klucz, ale lepiej niech to zrobi specjalista."
I wiecie co sobie myślę? Wyobrażam sobie mojego tatę, który podnosi w pocie czoła samochód lewarkiem, który trzeszczy, gibie się niebezpiecznie ale jakoś działa, a on wpełza pod samochód bo mu wał się urwał. I jak już naprawi, pomimo tego, że za cholerę nie robił tego wcześniej i wczołgiwał się zielony pod ten samochód, to wychodzi spod niego z uwalonym do krwi palcem, z twarzą jak porządnie opalony afroamerykanin, spocony i klnący pod nosem. I wiecie co mówi? "Kurwisyn nie kcioł współpracować, ale naprawiłem dziada. Przynajmniej teraz już wiem jak to się robi."
O to to! On już wiedział, jak się to robi.
Ludzie są leniwi. Wolą SWÓJ samochód oddać do specjalisty, no bo kurła od czegoś oni som, a nie zakasać rękawy i zrobić samemu. A potem taki jeden z drugim jeździ się pokazać samochodem, którego nie tknął prócz wyczyszczenia i zatankowania. "No bo odebrałem parę dni temu z warsztatu bo olejem srał na wszystkie strony (przykładowo uszczelka pod deklem, którą wymienia laik w 20-25 z myśleniem, jak się to rozbiera i składa), mam garaż ale nie chciało mi się w to bawić.". Ja wtedy sobie myślę, a jestem osobą, która mówi to co myśli - "Człowieku, ile ja bym dała, by mieć garaż z narzędziami. Ile ja bym dała, żeby mieć taką wyjebaną uszczelkę pod deklem. Ile ja bym dała, żeby móc rozebrać ten zasrany motor i zobaczyć jak go się rozbiera, co siedzi w środku, ogarnąć usterkę i złożyć. Jaka ja byłabym z siebie dumna, stary.". Bo panuje teraz moda na moda, tylko nie na moda własnoręcznego, a na moda od mechanika, bo samemu coś zrobić to za ciężko, za brudno, za smrodno, za ciemno, za mało czasu, JA NIE WIEM, NIE UMIEM. Jak nie umiesz to się kurna nauczysz.
Znam ludzi, którzy kochają swoje klasyki, czy też samochody nowsze, którymi jeżdżą na co dzień. Znam ludzi, którzy nie mówią o tym co zrobili, ale w duchu rozpiera ich duma, że jeżdżą samochodem, który złożyli/ naprawili własnymi rencyma. I za to ich kurna szanuję. Ja nie mam garażu, nie mam narzędzi prócz śrubokręta w domu, którym dokręcam szafki czy noża tapicerskiego, którym ostrzę sobie kredki do oczu. Nie mam własnego samochodu, który mogłabym wybebeszyć, rozwalić na części, źle złożyć i robić w koło pierdoło. Nie mam tego. Jeszcze. I jeśli Ty człowieku, masz kawałek miejsca pod blokiem, za domem, w domu, u babci, w szopie, klucz do kół, zestaw nasadek z grzechotką i padło, które się psuje to weź... Weź się i rozbierz to kiedyś jeżdżące coś, spróbuj naprawić, kup se książki "przewodniczek małego mechanika" (mam taką, nie ma się czego wstydzić) i rób. A jak zrobisz to podejdź do obcych ludzi na spotkaniu motoryzacyjnym i im powiedz, że sam złożyłeś to cudo techniki i to jakoś jeździ, a mogę się założyć, że przyklasną Ci i będziesz z siebie dumny jak nigdy.
To zdjęcie najlepiej obrazuje to co chcę Wam przekazać. Kuba, możesz tak samo zrobić z Hondą ;)
Ja też się nie znam, nie umiem, ale jak wcisnęli mi felgę w dłoń i rzucili hasło "Masz to rozebrać! Na co czekasz! Ku*ajh18u929!" to się człowiek uczy automatycznie.

Komentarze
Prześlij komentarz